czwartek, 14 listopada 2013

Łódź - nie taki diabeł straszny, jakim go malują

Pochmurny wrześniowy dzień - wysiadam z autobusu na dworcu w Łodzi i z niepewnością rozglądam się dookoła. Mam się spotkać z Anią, jedną z koleżanek "od gotowania".
Ania, tak jak i ja, jest autorką dwóch blogów - kulinarnego oraz o swojej mopsicy Pumbie.
Jest to moje pierwsze spotkanie w realu z osobą poznaną w sieci, więc trochę się denerwuję jak wypadnie.
Bo co zrobić kiedy nie przypadniemy sobie do gustu i zwyczajnie nie będziemy potrafiły ze sobą rozmawiać?
Na szczęście moje obawy pozostały bezpodstawne - Ania okazała się bardzo sympatyczną osobą, tematów do rozmów nam nie zabrakło, a wręcz powiedziałabym, że dzień był stanowczo za krótki.
Zaczynam zwiedzać Łódź - jest to moja pierwsza wizyta w tym mieście, a obiegowa opinia głosi, że tu szaro, brudno, nieciekawie i strasznie.
Hmmm...... zależy jak dla kogo i co kto chce w danym miejscu zobaczyć.
Mnie Łódź zachwyciła! Zachwyciła mnie kamienicami, detalami architektonicznymi, tak naprawdę dużą ilością zieleni i zachwyciła mnie naprawdę miłą obsługą w lokalach, muzeach, no gdziekolwiek byśmy nie poszły, obsługa była bardzo sympatyczna, a nawet spotkanie z miejscowym panem trunkowym na ul. Piotrkowskiej miało zabawny charakter, choć to akurat pewnie był wyjątek, nie wiem, takich znajomości na co dzień nie miewam. 

Braku charakteru temu miastu zarzucić nie można, oj nie można! Niezaprzeczalnie ma ono swój klimat.
To nie Kraków, gdzie czuć historią, tradycją i smogiem. Nie Wrocław, gdzie wszędzie gawiedź studencka i taki fajny, do niczego nie przymuszający klimat spokoju i relaksu.
Łódź to miasto postindustrialne wraz ze związanymi z tym faktem blaskami i cieniami.
Miasto z ulubionymi przeze mnie budynkami z czerwonej cegły.
Miasto, któremu obecne czasy mocno nakopały w tyłek, a które, mimo wszystko, się nie daje i próbuje stanąć na nogi po zapaści jaka je spotkała kiedy właściwie upadł przemysł włókienniczy - ta ostoja, na której zbudowano w XIX wieku potęgę tego miejsca.
Fakt, dużo jest jeszcze do zrobienia, wiele kamienic do odremontowania, ale myślę, że to przyjdzie z czasem.
Nawet nie mogę sobie wyobrazić jak piękne by tu było, gdyby przywrócić dawny blask wszystkim kamienicom, nie tylko tym na Piotrkowskiej, co też zresztą uczyniono, ale wszystkim tym, które mijałam jadąc tramwajem, a których detale architektoniczne wprawiały mnie w zachwyt, mimo że nadgryzione zębem czasu.

Miałyśmy bardzo napięty plan zwiedzania i mimo praktycznie całego dnia na nogach i tak nie zdołałyśmy zobaczyć wszystkiego co Ania zaplanowała mi pokazać.
Na pierwszy rzut poszła "Manufaktura" - zrewitalizowany kompleks fabryczny Izraela Poznańskiego, jednego z trzech, obok Karola Scheiblera i Ludwika Geyera, wielkich łódzkich fabrykantów "ojców włókienniczej Łodzi".
Jest to położony, na blisko 30 hektarach dawny zespół fabryczny, w którego skład wchodziły m.in. tkalnie, farbiarnie, przędzalnie, drukarnie tkanin, bielnik, apretura do uszlachetniania i wykańczania materiałów, ślusarnia, powozownia, a także remiza strażacka i budynki mieszkalne dla robotników.
To co kiedyś było fabryką, dziś jest największym w Polsce centrum handlowo-rozrywkowo-kulturalnym. 
"Manufaktura" jest doskonałym przykładem na to, że udanie można połączyć tradycję z nowoczesnością i to w dobrym stylu, który cieszy oko (przynajmniej moje).
Budynek zrobił na mnie ogromne wrażenie. Ma swój charakter i nie jest z pewnością kolejnym centum handlowym ze szkła i stali, całkowicie pozbawionym wyrazu, jak każde centrum handlowe w Warszawie.
Myślę, że nawet udałoby mi się polubić zakupy, gdybym robiła je w "Manufakturze". :)











Następnie zwiedziłyśmy dwa muzea.
Jednym z nich było Muzeum Miasta Łodzi mieszczące się w przepięknym pałacu należącym niegdyś, tak jak i dzisiejsza "Manufaktura", do Izraela Poznańskiego.
Ten monumentalny budynek zwany łódzkim Luwrem robi niesamowite wrażenie.
Zaprojektowany został przez Hilarego Majewskiego głównego architekta XIX-wiecznej Łodzi, jednakże projekt nie został dokończony.
Dzisiejszą bryłę pałacu uzyskano przebudowując go dwukrotnie - po raz pierwszy w 1898 r. za sprawą architektów Dawida Rosenthala i Juliusza Junga, a następnie w roku 1901, już po śmierci właściciela, kiedy to pałac zyskał formę współczesną.
Budynek jest tak ogromny, że nie sposób objąć go obiektywem zwykłego aparatu fotograficznego, więc nawet nie próbowałam.
Pstryknęłam tylko kilka fotek na wewnętrznym dziedzińcu. Ze względu na padający deszcz ich jakość daje wiele do życzenia, ale cóż "lepszy rydz, niż nic".








Bogactwo i przepych w jakim żyli ówcześni  łódzcy "królowie bawełny" wręcz przytłacza.




Pokój Izraela Poznańskiego





Pomieszczeniem, które zrobiło na mnie największe wrażenie była sala jadalna, którą zapewne rozpoznają miłośnicy filmu - to w tych wnętrzach Andrzej Wajda kręcił "Ziemię Obiecaną". 






Oprócz sali jadalnej, znalazłyśmy też inny kulinarny akcent (w końcu jesteśmy blogerkami kulinarnymi) ;).




Część pokoi muzealnych poświęconych jest sławnym Łodzianom, lub ludziom związanym w ten czy inny sposób z miastem, np.:


Jerzemu Kosińskiemu



Janowi Karskiemu



czy Arturowi Rubinsteinowi, gdzie urządzono całą galerię muzyki jego imienia.
W pokoju tym, oprócz fortepianu, znajduje się odlew dłoni kompozytora oraz




przepiękny kominek.




Będąc w Łodzi koniecznie trzeba przespacerować się ul. Piotrkowską, najbardziej reprezentacyjną ulicą miasta.
Przygotujcie się na naprawdę długi spacer, bowiem Piotrkowska ma 4,2 km długości i jest najdłuższą ulicą handlową w Europie.


Ul. Piotrkowska - widok na Pl. Wolności



Wzdłuż całej ulicy ciągną się przepiękne kamienice.




Prócz kamienic znajdziemy tu urocze szczegóły architektoniczne,



 
a także pomniki znakomitych Łodzian, m.in. wspomnianego już wcześniej Artura Rubinsteina, którego żona Nela była wielką pasjonatką gotowania i autorką książki kucharskiej "Kuchnia Neli" wydanej po raz pierwszy w Nowym Jorku w 1983 r.




Kiedy zmęczycie się już spacerowaniem po ul. Piotrkowskiej i głodni zechcecie odpocząć, zawsze możecie wpaść do jednego z licznych lokali na coś pysznego do jedzenia, np. smakowitą tartę z sałatą.



Syci i wypoczęci możecie ruszyć dalej w miasto, by zwiedzać, bo w Łodzi jest co oglądać, trzeba tylko chcieć zobaczyć coś więcej niż stereotyp.


4 komentarze:

  1. Cieszę się, że tak bardzo spodobała Ci się Łódź i zobaczyłaś jej feerię barw, pomimo, że dzień był ponury i deszczowy :) W głowie mam pomysły na jeszcze kilka takich Twoich wizyt ;) Żałuję, że nie wzięłam wtedy aparatu, no i że zapomniałyśmy o zdjęciu z Pumbą ;) Ale wszystko jest do nadrobienia. Pozdrowienia z Łodzi!

    OdpowiedzUsuń
  2. Mój nieschodzący z twarzy uśmiech był najlepszym dowodem na to, że mi się podobało! Zdjęcie z Pumbą muszę sobie zrobić koniecznie następnym razem. Nie ma co, mopsik całkowicie podbił moje serducho!!!
    :)))))

    OdpowiedzUsuń
  3. Wbrew temu co niektórzy sądzą Łódź to naprawdę fantastyczne miasto

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się. Byłam tam krótko, ale odniosłam takie samo wrażenie.

      Usuń